czwartek, 29 grudnia 2011

Nie wiem, który to już raz. Nawet nie próbuję sobie przypomnieć, bo pewnie w tym przypadku nie będzie "do 3 razy sztuka". Ile razy można nadrabiać stracony czas? Ile razy można dawać kolejną szansę? I dlaczego nie potrafię odmówić.
Tęsknie, martwię się i kocham palanta. Tylko nie potrafię go rozgryźć. Raz jest wręcz idealnie, bajkowo, innym razem mam wrażenie że kompletnie go nie znam, że to obca dla mnie osoba, nie widzę w nim nic znajomego. Najpierw zbliża się do mnie, oswaja, pozwala poczuć się dobrze, a potem odpycha i odchodzi. Zostawia. Jestem pewna że znowu mnie zostawi, ale nie potrafię pierwsza się odwrócić. Za wszelką cenę szukam z nim kontaktu, by przez jakiś czas się cieszyć drobnymi rzeczami, ochłapami, z których on nawet nie zdaje sobie sprawy. Nawet nie wie ile mnie to kosztuje, ale radości potrafi mi sprawić jedną poziomką a ile bólu jednym słowem. Czy już zawsze będę chodzić koło niego na paluszkach?
Jak on to robi, że potrafi mną tak szarpać?

poniedziałek, 26 grudnia 2011

dwudziesty grudnia. dziwny dzień. chciałaby i boi się.

rzuć wszystko i chodź się całować!

niedziela, 25 grudnia 2011

"Żebyś została tak wrażliwa jak jesteś."
Kiedy ja nie chcę.

piątek, 16 grudnia 2011

Smak piwa kojarzy mi się z tyloma fajnymi rzeczami :)

Koloroterapia

Lubię

Lubię - to właściwie bardzo fajne słowo :)
Dziwne, że wcześniej takie fajne nie było.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Myślałam, że mam to za sobą. Może nie całkowicie, ale przynajmniej w większej części. W takiej części z którą da się żyć bez tego złego ognia w środku na samo wspomnienie. Byłam pewna, że jest dobrze. Chciałam być tego pewna.
Od początku stworzyłam historyjkę w którą sama chciałam wierzyć. Ale jak teraz przyznać się przed samym sobą po tylu latach? Kiedy tyle czasu miałam złudną, jak się okazuje, nadzieję na oswojenie się. Myślałam, że uodporniłam się, w końcu nie bałam się już tak jak kiedyś. A teraz z dnia na dzień wszystko się zmieniło. Tak wiele dopiero teraz do mnie dotarło.

Z niczym sobie nie poradziłam, po prostu zamknęłam się w środku i wmawiałam sobie, że jest dobrze, że przecież nic się nie stało, że już teraz jestem bezpieczna, że mam tylu przyjaciół wokół siebie, rodzinę, takiego faceta. A teraz.. jak na to patrze, nie mam nic. I przez cały czas miałam tylko niewielką cząstkę z tego co myślałam że mam. Prawie żaden mój przyjaciel o tym nawet nie wie, czy mogę go ciągle nazywać przyjacielem? Podziwiam jednak tych, którym nie mówię wielu rzeczy, że jednak są gotowi w każdej chwili żeby mnie wysłuchać. Rodzina też została po drugiej stronie, dla ich własnego dobra. A facet o którym długo myślałam że... Nigdy go tak naprawdę koło mnie nie było. Już od początku był po drugiej stronie chociaż oboje chcieliśmy wierzyć że wcale tak nie jest.

Dlatego teraz tym bardziej dziwnie, bo nagle ktoś znalazł się po tej samej stronie. I to w zasadzie bez mojej wiedzy czy zgody. Okazało się że jest to możliwe. Stało się to z wielkim hukiem dla mnie, z wielkim pożarem, który teraz tylko ty możesz ugasić.
I teraz nawet ten mur nie jest taki strasznie wielki, jakby powietrze z niego uszło.
Jak to zrobiłeś? W trzydzieści sekund tak mną wstrząsnąć.

Przez ostatnich kilka dni miałam ogromny bałagan w głowie. Jeszcze go mam, bo dopiero zaczęłam sprzątać, ale to co znalazłam pod głupotą, żartami, ironią kazało mi usiąść i pomyśleć. To tak jak sprzątnie w szafie, do której nikt od wielu, wielu lat nie zaglądał. Znajdujesz coś, ocierasz z kurzu i aż siadasz w zamyśleniu z wrażenia. Tak właśnie ja teraz siedzę.

Boję się, oczywiście że się boję, w końcu jestem tchórzem, ale jest to inny strach niż kilka dni temu. Tak bardzo inny, tak bardzo lepszy.
Dopiero dzisiaj uświadomiłam sobie jak wiele mi się wydawało a jak mało jest.

Może zasugerował się czymś mylnie?

Tego się chyba nigdy nie ma za sobą.


Osa nie wiedział?

Wiesz, jeżeli będziesz wszystko w sobie kisić to nie będzie za dobrze..

Nie zmienisz czasu, nie wykreślisz tego z życia.

Nie zapomnisz o tym, ale też nie możesz tego wypierać bo to kiedyś wróci.

A przypadkiem nie podałaś Osie takiej historii w jaką sama wierzyłaś?

Wiem, że nie lubisz mówić o swoich uczuciach i złych doświadczeniach.

Dlatego wiedziałam, że to nie ten chłopak..
bo nie umiałaś się na niego otworzyć.

Wydaje mi się że potrzebujesz kogoś kto poskleja to co masz w środku i będziesz potrafiła zaufać.



A :*

czwartek, 24 listopada 2011

Nie mogę wyjść z szoku. Mam co chciałam! Tak narzekałam, marudziłam, wyzywałam.. i mam co chciałam! Udowodnił mi że nie jest do końca tak jak myślę, udowodnił, że nie mam racji. Zamknął mi tym sposobem buzię. Odciął od wszelkich argumentów. Aż nieprzyzwoicie! Tak bardzo w to nie wierzyłam, że ciągle zastanawiam się czy to aby mi się nie śni. Może zaraz się obudzę, z takim bezgranicznym niedosytem i smutkiem? A tak bardzo budzić się nie chce.

Pytanie tylko kto? Kto ma tak dobry słuch, żeby słyszeć moje myśli? O słowach nawet nie wspomnę. Czasem wątpię, że ktokolwiek mnie słucha. W zasadzie bez różnicy co i kto słyszał, istotny powinien być efekt. W tym przypadku pozytywny. Bardzo pozytywny. Nie mogę powiedzieć, że nadzwyczajnie, chociaż nie ukrywam, kusi mnie to, ale byłoby to trochę nadużycie. Czy nadużycie to coś złego? To trochę jak wejście w promienie słońca po stuleciach w ciemności. Czy można się dziwić towarzyszącej temu euforii..

Najgorsze jest to parzące uczucie, gdzieś tam w środku i zimne ciarki na plecach. Dawno tak bardzo nie dało o sobie znać. Dawno.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Jestem wybrakowana. Na pewno. Nie potrafię mówić o emocjach, uczuciach, swoich myślach innym ludziom, chociaż czasem aż się we mnie gotuje. Trzeba mnie wybitnie podejść, żebym się wygadała, tak sama z siebie. Może nawet nie podejść, co w jakimś sensie oswoić.. Hm. Oswajanie mnie to wybitnie trudna sztuka, wymagająca tyle cierpliwości ile ja sama dla siebie bym nie miała. Zabawne. Może nie tyle oczekuję, co gdzieś w głębi mam nadzieję, że ktoś w końcu zrobi ze mną porządek. Porządek na który ja sama nie mam siły ani cierpliwości. A idąc w to tylko jednostronnie nie zyskam nic. To tak jakby dwa związane ze sobą ptaki próbowały lecieć w przeciwnych kierunkach i miały złudną nadzieję, że w końcu uda się im dotrzeć do jednego celu.

środa, 2 listopada 2011

Przeceniłam swoje możliwości, moja pewność siebie w tym momencie pełza po podłodze próbując schować się w kąt. Moje jedno niewinne kłamstwo doprowadziło mnie samą do ruiny. Nie dość, że okłamałam kilka najbliższych i najważniejszych osób, okłamałam sama siebie, pierwszy raz od dawna i nie wiem, nie pamiętam co teraz trzeba zrobić. I chociaż wydawałoby się, że okłamać siebie to przecież nic takiego bo w zasadzie i tak wiemy jak jest naprawdę, to to było najgorsze co mogłam sobie zrobić. Sama to w siebie wymierzyłam. I teraz mogę mieć pretensje wyłącznie do siebie, a prócz tego, żeby było ciekawiej jeszcze kilka osób powinno mnie porządnie w dupe kopnąć. Oszukanie samej siebie i tych kilku osób sprawia mi wręcz fizyczny ból. Chociaż o wszystkim wiem w zasadzie tylko ja. Ale jak mogło mi coś takiego przyjść do głowy?
Mam nauczkę, trochę pokory chyba dobrze mi zrobi. Muszę zebrać się w sobie i wyjść. Wyjść naprzeciw siebie, żeby zobaczyć więcej.
A całkiem niedawno zastanawiałam się dlaczego dzieci kłamią. To nie był dobry punkt zaczepienia. Dzieci kłamią z różnych powodów i je jestem w stanie zrozumieć, pytanie powinno brzmieć dlaczego kłamią dorośli? Bo boją się szefa, opinii, plotek, fałszywego współczucia, litości. A ja czego właściwie się boję?

sobota, 8 października 2011

Pokochać można za wszystko, a jeszcze bardziej wbrew wszystkiemu. Jednak jeśli zamiast miłości do związku doda się wyrachowanie? Tak właściwie w każdej miłości, niezależnie od jej rodzaju, występuje jakiś procent wyrachowania, ale co jeśli jest on dominujący? Do czego taka sytuacja prowadzi?
Zastanawiam się po prostu czy miłość bez wyrachowania i kłamstw w ogóle istnieje? Ta, optymizm mnie opuścił, bo dotarło do mnie, że w tym całym kochaniu zawsze ktoś jest okłamywany, jak nie my, to ta nasza 'druga połówka' albo też osoby trzecie, które na to najmniej zasługują a najbardziej dostają po dupie. No i oczywiście moja kochana ironia też się tutaj chowa, bo podjęte przeze mnie najlepsze i najszlachetniejsze decyzje paradoksalnie wbijają mi gwoździe do trumny. Niby mi to nie przeszkadza, ale powoli.. powoli.. zaczynam się zastanawiać czy stuprocentowi egoiści nie mają w gruncie rzeczy lepiej?

Wiem, że każdy ma w sobie małego egoistę i narcyza. Doskonale o tym wiem, tylko zastanawiam się pod czyim wpływem te istotki rosną i nabierają takiej mocy sprawczej. Czym się żywią?

(zawsze jak opuszcza mnie optymizm zaczynam tutaj pisać)

wtorek, 9 sierpnia 2011

Gdyby można było zabić myślami, niezłym zabójcą bym była. Cokolwiek to "niezłym" znaczy.

piątek, 5 sierpnia 2011

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że znów mam czas na pisanie. To nie jest dobry znak.

czwartek, 4 sierpnia 2011


Stan upojenia alkoholowego to w zasadzie ciekawy stan umysłu. Przynajmniej mojego. Niby wszystko wtedy jest śmieszne, niby wszystko bardziej kolorowe, bardziej możliwe i mniej straszne, wtedy dopiero ostre krawędzie się wygładzają, czasem nawet za bardzo, rozmywają wręcz. Ale wystarczy niewielki gest.. w zasadzie nieistotny dla świata, głupie stwierdzenie, szybki wniosek, cokolwiek.. i nagle ze skrajności śmieszności i sympatycznego debilizmu wpada się w skrajność kompletnie czarną i smutną. W niej o wiele łatwiej o łzy, zbyt obiektywną samokrytykę i ciężki oddech. Ta czarność jednak może się odwrócić, rozjaśnić (co w zasadzie mnie bawi). Zniknąć tak samo szybko jak się pojawiła. Aby do tego doprowadzić w zasadzie też niewiele trzeba. Tyle samo co do ciemności. Taka sama droga prowadzi od jasności do ciemności co od ciemności do jasności. Zaskakuje mnie ta dwubiegunowość i możliwość błyskawicznej zmienności. Za każdym razem bardziej niż poprzednio.

środa, 3 sierpnia 2011


Właśnie odkryłam, że znowu się chowam. Chowam za głupimi żartami, za ironicznym poczuciem humoru, za wrednymi komentarzami. To jest smutne. Miałam nadzieję, że już nigdy nie będę na tyle odkryta jak jestem teraz. Na tyle bezbronna. Zaczęłam znowu budować mur, który całkiem niedawno z wielkim trudem rozebrałam. Wydaje mi się, że lepiej atakować, niż zostać zaatakowanym, a ja teraz właśnie ataku najbardziej się boję. Pomimo tego że być może nikt nie zna mojego słabego punktu, wystarczy że ja wiem, że on znowu jest. I znowu trzeba się schować. Muszę wygładzać ostre krawędzie tego co mnie otacza. Tylko że tym razem jest inaczej. Wszystko jest o wiele bardziej ostre a ja o wiele mniej potrafię się bronić. Zapomniałam jaka forma obrony jest najlepsza i jak ją stosować. Jak sobie radzić z życiem "między ludźmi"? Z tym życiem o którym się nie mówi?
Mój mur znowu będzie z jednej strony mnie chronił a z drugiej odstraszał. Chronił przed negatywnymi aspektami ale też odstraszał te pozytywne, bo kto chciałby gadać ze ścianą, która nie dość że niewiele mówi to jeszcze jak już mówi to są to same złośliwości albo głupawe żarty.. Niby nie chcę znowu taka być, ale w zasadzie nie robię nic, aby się temu sprzeciwić. Popłynę z prądem, zrobię źle, świadomie.. zupełnie świadomie, a potem.. potem ponarzekam jak bardzo jest do bani. Sama na siebie ponarzekam.

sobota, 4 czerwca 2011



Ile czasu potrzeba, żeby poznać drugiego człowieka? A może raczej ile czasu potrzeba aby opadła fascynacja i aby w końcu można było popatrzeć na niego trzeźwo? W zasadzie ludzie się nie zmieniają, a ja zastanawiam się jak to jest, że dopiero po tylu dniach, tygodniach, miesiącach, latach widać to co wiać. Najzabawniejsze jest to, że widać to było już pierwszego dnia, w zasadzie jak na dłoni, tylko ta fascynacja wszystko zasłania. Z czasem, kiedy opada coraz lepiej wszystko widać i aż żal dupę ściska: JAK MOGŁAM TEGO NIE WIDZIEĆ?



Moja osobowość jest trudna. W zasadzie mogę powiedzieć, że potrzebuje tresera.. Bo.. nie chce znowu być traktowana jak słonik z porcelany. Bo.. za szybko się do tego przyzwyczajam i za mało wtedy rozumiem. Jestem niepotrzebnie izolowana. A potem, kiedy już nikt nie może z taką rozpuszczoną mną wytrzymać, jest szok. Jakby od razu nie można było mnie traktować jak człowieka. I wtedy jest problem. A po nim kolejny, bo na nowo trzeba się uczyć mnie - słonika z porcelany, który chce być człowiekiem!

niedziela, 29 maja 2011

Szukam usprawiedliwienia dla samej siebie. I znajduję, tylko wcale nie czuje się z tym lepiej. Podobno Wagi pilnują sprawiedliwości i chcą aby każdy był zadowolony. Ja w zasadzie tego nie chce, bo wiem, że nigdy tak nie będzie żeby wszyscy byli zadowoleni, a jeżeli nawet bym chciała i bym się starała to zrealizować zwariowałabym. Jak dużo jestem w stanie poświęcić dla drugiej osoby? Czy w ogóle mam ochotę poświęcić cokolwiek? Czy warto?
Ludzie mnie ostatnio przerażają. Co tu dużo mówić, sama jestem człowiekiem. Czy to znaczy że przerażam sama siebie? Nie wiem, ale wiem że nie podoba mi się to w czym tkwię. Znaczy z jednej strony mi się nie podoba.. i to jest ta większa strona. Jest kilka rzeczy których mi żal. Ale jednak bardziej żal mi siebie. To jest ta sprawiedliwość?

wtorek, 24 maja 2011


Ostatnio odkryłam jak bardzo może zmienić się u człowieka jego pogląd na świat i na całe własne życie. Zaskakujące jest to, jakie czynniki prowadzą do zmieniania kolejności w hierarchii własnych wartości. I dlaczego tym powodem są tak często pieniądze. Ja rozumiem że bez pieniędzy nie da się żyć, że każdy chce mieć jako taki poziom i satysfakcje życiową. Ale ludzie! Czy nie ma już nic ważniejszego od "ile"? Banalne jest to co teraz powiem ale aby mieć to co najważniejsze nie wystarczy wyciągnąć karty kredytowej. Może jestem młoda i sama za parę lat dla pieniądza zmienię się, ale narazie jest to dla mnie dziką abstrakcją. Czy za kilka lat na pierwszą komunię trzeba będzie kupić mieszkanie w prezencie? Gdzie się podziały inne wartości? Szacunek do matki i ojca, szacunek do ludzi i ten najważniejszy szacunek do siebie? Coraz więcej błaznów mnie otacza ^^

Ciekawe co zrobię jak wygram w totka..

wtorek, 22 lutego 2011


Czy naprawdę tak tragicznie mieszka się samemu? Można robić co się chce, można jeść co się chce i kiedy się chce. Chodzić spać gdy inni wstają i wstawać tylko kiedy trzeba. Sprzątać kiedy się chce i nie sprzątać też kiedy się chce. Robić wszystko dla siebie z samym sobą. Ale kiedy mieszka się samotnie nawet gadać trzeba ze sobą, a od słuchania własnego gadania wręcz wypada się walnąć w twarz. Można kupić wtedy maskotki serca i roumu i uczyć się z nimi rozgraniczania własnych myśli na te płynące z serca i te płynące z rozumu i stworzyć kolejny epizod reklamy tp.

Niesamowite jest uczucie towarzyszące mi kiedy po kilku lub kilkunastu dniach samotności wracam do ludzi. Wracam z własnej woli. Dosięga mnie wtedy filozoficzne południe. Terażniejszość rozciąga się na dłużej. Kiedy mohe 'dłużej' się kończy nadrabiam zaległości, żeby za jakiś czas znowu zniknąć. Odwiedzić drzewa na skraju wielkiego lasu i wyrzucić komórkę. Kocham wielki las, jego świt, południe i zachód.