Nie umiem zapanować nad sobą, od jakiegoś czasu bardziej niż zwykle. Nie
byłam gotowa na to wszystko, w najmniejszym nawet stopniu. Uwierzyłam w coś co
okazało się snem, a sen ten stał się rzeczywistością. Wiele razy to
przerabiałam, ale potem budziłam się dziękowałam bogu za to że nie stało się to
naprawdę. A teraz.. nie mogę się obudzić z tego koszmaru. Inni spodziewają się
po mnie czegoś, czego nawet nie widziałam, co nie wiem jak wygląda. Nie wiem i
nie miałam szansy wiedzieć, bo jak można rozumieć coś czego nigdy się nie
miało. Jak można rozdzielać role skoro całe życie patrzyło się na obie role w
jednej osobie. Po prostu była i jednym i drugim tak jak umiała. Tak jak musiała
umieć i tak jak musiała wiedzieć. To w czym się wychowałam nigdy nie było na
tyle normalne abym mogła coś z tego wyciągnąć. Z socjologicznego punktu
widzenia tym bardziej. Z resztą nie tylko, bo mój punkt widzenia jest podobny,
zawsze czułam że mam z tym problem, że nie mam odniesienia, porównania, że nie
mam skąd czerpać wzorców.. jakichkolwiek. Ale wszyscy mnie zbywali i nikt nie
chciał tego słuchać, przekładał nad to swoje problemy, więc przestałam mówić. I
zawsze był przy mnie ten strach, że i ona mnie zostawi, że zostanę już całkiem
sama, bo tylko ona zawsze była i tylko ją tak naprawdę miałam.. i boję się tego
wszystkiego każdego dnia. każdego dnia zastanawiam się kto mnie dziś zostawi
albo zawiedzie.
Kiedy nie ma się czegoś w jednym miejscu.. szuka się tego w innych.. w
innych które wydają się dobre, wśród innych, którym się ufa(ło). I nagle przez
przypadek okazuje się, że tam też nie ma czego szukać. Że zaufanie które
wydawało się pewne, które było od zawsze.. runęło. Bolało to o tyle bardziej,
że wierzyłam, że ktoś kto zna mnie całe moje życie, i ja go znam całe moje
życie - nie zrobi mi krzywdy. A jednak zrobił, świadomie czy nie, chcący
czy nie.. zrobił. I to nie on jeden. Potem runął mój autorytet, który gdzieś
tam sobie znalazłam. A potem znowu wszystko miało być cudownie. Jak mam ufać
ludziom, skoro tylu z nich mnie tak sponiewierało, okłamywało i bawiło się, raz
odtrącało, raz wracało jakby nigdy nic. Traktowało jak zabawkę, którą można się
pobawić, a potem odstawić na półkę i niech czeka do następnego razu.. Pamiętam
jakby to było wczoraj, te wszystkie obietnice i zapewnienia. Tyle że z tego
wszystkiego zostało już tylko samo puste słowo "obietnica", które
jest dla mnie nic nie warte. Kolejny raz dowiaduję się, że kiedy naprawdę jest
źle, kiedy naprawdę potrzebuję pomocy to muszę radzić sobie sama, albo nie
radzić sobie wcale, ale i tak sama. Chociaż nie chce. Nawet już nie
potrafię.
Chciałabym wiedzieć, być pewna, że mogę komuś ufać tak na maksa, tak na
śmierć i życie. Nie jestem, i wiem, że to moja wina.. bo za dużo razy sprawdzam
to, co być może tyle testów nie wymaga. To paradoks, bo tyle sprawdzam żeby
więcej nie dać się oszukać, a takie sprawdzanie powoduje że ma to odwrotny
skutek, i znowu trzeba się zbierać. Chciałabym już nie musieć tego robić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz